Wywiad z Kacprem Kłodą – uczestnikiem   zimowej wyprawy na Batura Sar 2020.
autor: Kacper Kłoda/ widok W C2

Wywiad z Kacprem Kłodą – uczestnikiem zimowej wyprawy na Batura Sar 2020.

„Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość strąci” Ile miałeś lat, gdy pierwszy raz się wspinałeś? 

Wydaję mi się, że to było, gdy miałem 3 lata. Przez ileś lat co roku na weekend majowy jeździliśmy całą rodzinką do Rzędkowic pod namioty. Tam mieliśmy biwak i w międzyczasie  wspinaliśmy się na skałkach.

Kursu wspinaczkowego nie musiałeś robić? 

Nie, nie musiałem, bo mój tata akurat jest instruktorem wspinania, więc podstaw wspinania dowiedziałem się od niego. 

Gdy miałeś 12 lat, w Dolomitach, pierwszy raz wspinałeś się wielowyciągowo. Jak do tego doszło? 

To był mój prezent urodzinowy od rodziców. Zamiast standardowych prezentów rodzice zabrali mnie w Dolomity. Pierwszy raz wtedy  wspinałem się wielowyciągowo. Super było 🙂 Jeszcze zaliczyliśmy kilka ferrat obok Cortiny. Oczywiście spaliśmy pod namiotami i w samochodzie. To taka przygoda, którą się pamięta, więc  to był jak najbardziej udany prezent. 

Jako dzieciak, interesowałeś się himalaizmem, wspinaczką; marzyłeś o wielkich, świetlistych ścianach? 

Raczej byłem normalnym dzieciakiem. Nie miałem jakiś swoich idoli wspinaczkowych. Nie miałem myśli typu ‘’o chciałbym być jak ten!’’ i tak dalej. Dopiero później, gdy bardziej mnie zaczęło interesować poważne wspinanie, czyli gdy zaczęło się wspinanie zimą i w górach, to wtedy zaczęły się pojawiać marzenia o większych górach i ścianach. 

Dzwoni do Ciebie telefon – to prezes PHZ i kierownik wyprawy na Baturę Sar, Piotr Tomala. Zaskoczony? 

Jeszcze jak! Można powiedzieć, że ten telefon zrobił mi dzień. Cieszyłem się i byłem mile zaskoczony, że to właśnie do mnie zadzwonił. 

Wiesz, skąd Piotr Tomala miał Twój numer? 

Napisał do mnie Oswald, czy dam mu swój numer, a potem powiedział mi, że Piotr do mnie zadzwoni. To było dla mnie duże zaskoczenie. 

Jak na Twoją decyzję zareagowali rodzice? 

Tak jak ja, czyli z zaskoczeniem. Wspierali mnie podczas przygotowań do wyprawy, bo czasu było mało, około miesiąc. Pomagali mi organizować różne rzeczy. Martwili się też o mnie – jak to rodzice- ale myślę, że znają mnie na tyle, że wiedzą, że jestem w stanie podjąć odpowiednie decyzje, tak aby wszystko zrobić bezpiecznie.

Wiesz dlaczego wzięto Cię pod uwagę przy wyborze składu zespołu na Wyprawę Zimową na Baturę Sar 2020? 

Należę od 2019r. do Grupy Młodzieżowej Polskiego Związku Alpinizmu, która zrzesza młodych wspinaczy, którzy się wspinają nie tylko sportowo, ale i w górach. Tydzień przed telefonem od Piotra (przyp. Tomali) mieliśmy zgrupowanie Grupy Młodzieżowej PZA i PHZ (Polski Himalaizm Zimowy)  w Dolinie Kieżmarskiej. Dobieraliśmy się tak, żeby w jednym zespole była co najmniej jedna osoba z GM i jedna z PHZ. Dzięki temu mogliśmy się wymienić doświadczeniami i patentami. Co do wyboru składu, nie wiem jaka była dokładna przyczyna, tego, że wzięto mnie pod uwagę, ale myślę, że na obozie pokazałem się z jak najlepszej strony i to miało wpływ na ten wybór. 

Jak wyglądały Twoje przygotowania do wyprawy? Co musiałeś kupić? 

Przede wszystkim, gdy Piotr do mnie zadzwonił to to  była taka euforia, a potem ściana – wait – ja nie mam w ogóle szpeju. Miałem szpej wspinaczkowy, alpejski, ale nie posiadałem takiego typowo w Himalaje, na przykład: mega grubego śpiwora, butów ekspedycyjnych, lekkiej uprzęży,  raków turystycznych, grubych rękawiczek,  bardzo ciepłych ciuchów. To było bardzo szybkie załatwianie. Raz, że jeżdżenie do sklepów i odbieranie zamówień, to dwa, pozyskiwanie finansów na to. Na szczęście dzięki uprzejmości PZA większość sprzętu, którego potrzebowałem została mi udostępniona i dzięki temu mogłem jechać dobrze wyposażony na wyprawę. 

Dodatkowo dostaliśmy od kierownika polecenie zakupu gumowców z pianki EVA i wyjmowaną wkładką filcową. To miały być buty na trekking do bazy. Są mega lekkie, bardzo wygodne, ciepłe i tanie, bo kosztują około 150zł i można je po zejściu dać któremuś tragarzowi. Jemu się przyda, a my nie musimy tego wozić do domu. 

Po tych zakupach musiałem zacząć się starać o wizę do Pakistanu. Tą wizę wypełniało się online – oczywiście jaja były z tym jak z USOSem na studiach i nie za bardzo wiedziałem o co chodzi, wtedy pomagał mi Oswald. Pomijając to, te e-wizy jak się później, okazało mieliśmy tylko na 30 dni do wykorzystania w okresie trzech miesięcy, a nie na 3 miesiące jak chcieliśmy, ale potem agent w Pakistanie załatwił nam nowe. 

Przylecieliście do Pakistanu i zastaliście najostrzejszą zimę od 26 lat. Jak wyglądała podróż Karakorum Highway w takich warunkach? 

Z Islamabadu wyjechaliśmy takim małym busikiem na północ. Na początku Karakorum Highway było normalne, bo tam śnieg nie występuje i jest tam całkiem ciepło. Im bardziej na północ, tym było bardziej zimno i zaczął się pojawiać na drodze śnieg. Co ciekawe tam nie ma pługosolarek, więc jak jechaliśmy to wszyscy mężczyźni z wioski, położonej obok drogi, zbiegali się na drogę i z łopatami odśnieżali tą drogę. Pamiętam jak się zapytałem naszego agenta, czy mamy opony zimowe. Powiedział, że mamy letnie, a łańcuchów używamy  tylko, gdy potrzeba 🙂

Dokładniej, wyglądało to tak:

– Agbar, do we have winter tires? 

-No, no, no. We’ve all season tires and chains if needed. 

Co czułeś, gdy na pewnym odcinku Karakorum Highway eskortowała Was policja? 

Czułem się bezpieczniej i jednocześnie byłem zaciekawiony. Wyglądało to jak w filmie. Fajne uczucie.

Jak sprawdziły się gumowce, z wyjmowaną filcową wkładką i pianką EVA na trekkingu do base camp? 

Świetnie, ale poprawiłbym w nich bieżnik, bo na śniegu trochę się ślizgały, ale ogólnie termicznie i pod względem wygody to jest to naprawdę pierwsza klasa. Nie ma lepszych butów na trekking zimą do base campu.

Ile trwała karawana? Ile brało w niej udziału tragarzy i jaków? Ile mieliście ze sobą bagaży? Dlaczego bagaży, a nie beczek? 

21 stycznia wyruszyliśmy na trekk w stronę Batury, a sama baza zaczęła powstawać 26 stycznia, czyli w sumie karawana trwała 6 dni. Ogólnie jaków i innych zwierząt nie mieliśmy. Tragarzy na start było około 30, jak dobrze pamiętam. W pierwszym rzucie wynosili najpotrzebniejsze rzeczy  do założenia bazy, a potem następna fala tragarzy donosiła rzeczy, których używaliśmy później, czyli między innymi sprzęt wspinaczkowy. 

Beczki też mieliśmy, ale było ich mniej. Jeżeli było coś, co dało się zapakować nie do beczki, to to robiliśmy. Beczka sama w sobie dużo waży. Na przykład żywność z Polski mieliśmy zapakowaną w kartony owinięte folią strech. Rzeczy, typu osobiste ubrania, liny lub inny sprzęt, który może się obijać pakowaliśmy do różnych toreb. Wszystko potem ważyliśmy tak aby każdy tragarz niósł 20 kilogramowy ładunek. 

Jeśli chodzi o ilość bagaży to każdy z nas mógł wziął ze sobą na wyprawę 40kg bagażu do samolotu plus bagaż podręczny. Dodatkowo był tak zwany sprzęt wspólny typu liny czy namioty. Resztę rzeczy załatwiał na agent. Między innymi namioty osobiste, mesa z wyposażeniem, magazyn, kuchnia, jedzenie.

Czy w mesie było zimno?

Siedzieliśmy w kurtce i spodniach puchowych ale bardzo zimno nie było. Dodatkowo mieliśmy taką aluminiową kozę na kerozynę (takie paliwo). Dało się tym całkiem dobrze nagrzać mese ale jak gasła to momentalnie robiło się zimniej. Zrobiliśmy nawet taką suszarkę z bambusa nad piecykiem. Dzięki temu mogliśmy łatwo wysuszyć rzeczy.

Ile w bazie było śniegu? 

Gdy przyszliśmy do bazy, to było od 1-1,5 metra śniegu  o konsystencji cukru. Mieliśmy wrażenie, że przyjechał tam tir i wyrzucił tony cukru. Musieliśmy przerzucić ten śnieg, żeby namioty, mesa i magazyn były osadzone na lodzie, kamieniach albo ziemi. Gdybyśmy namioty postawili na tym miękkim śniegu, to ciepło ze środka namiotów, by go roztopiło a konstrukcje pokrzywiły by się. 

Jak wyglądała Wasza baza? 

Wszystkie namioty stały na platformach, które wykopaliśmy. Na głównej platformie była mesa. kuchnia i  magazyn. Były to takie namioty, jakby harcerskie w taki trójkątny domek. Z przodu była messa, potem kuchnia, a pomiędzy mesą i kuchnią mieliśmy taki maleńki przedsionek, gdzie zrobiliśmy sobie prysznic. Prysznic zrobiliśmy w tym miejscu, dlatego że ciepło z kuchni i mesy ogrzewało to miejsce, więc mogliśmy w miarę normalnie się umyć raz na jakiś czas. Za kuchnią był magazyn na artykuły spożywcze i  rzeczy wspinaczkowe. 

Jak wyglądał Wasz prysznic? 

Był to takie miejsce metr na metr z dziurą w ziemi. Ta dziura była wyłożona tarpalem i do niej wsadzało się przeciętą na pół beczkę. Do tej beczki się wchodziło. U góry był taki sznureczek, na którym się wieszało wodę w plastikowym termosie (takim jak na stołach szwedzkich) wciskało się taki guzik w kraniku i w ten sposób mogliśmy się umyć w ciepłej wodzie.

Mycie zębów wchodziło w grę? 

Tak, oczywiście. Codziennie dwa razy – rano i wieczorem. Tylko trzeba było wcześniej rozmrozić pastę 🙂

Jakie rarytasy serwował Wam na śniadanie kucharz? 

Na śniadanie zawsze były ciapaty – to są takie placki – trochę jak naleśniki, ale inne. Ja sobie je jadłem z nutellą, a był też miodek i dżemik. Do tego było jeszcze jajko sadzone. Kilka razy kucharz zrobił nam na śniadanie żarciung, czyli coś a la nasze pączki, takie kulki ciasta smażone na głębokim oleju, je też jadłem z nutellą – moje ulubione śniadanie. Z obiadów pamiętam, że raz kucharz nam zrobił pizzę 🙂 Z przekąsek wieczorem często mieliśmy popcorn.

Jedliście mięso? 

Jedliśmy. Głównie kurczaka. Dodatkowo za każdy założony obóz, kucharz robił nam grilla. Grill był najsmaczniejszą formą obiadu jaką jadłem w bazie 🙂

Mieliście przemycone polskie smakołyki? 

Mieliśmy swojskie wędliny, kiełbasę, boczek. Nawet był oscypek, kiszona kapusta i ogórki. A przede wszystkim zupki Knorra. Gdy mieliśmy żurek, to był z kiełbasą, gdy barszcz, to ugotowany na wędzonce, a w grzybowej były suszone grzyby. Pyszne to było!

Kawa była towarem luksusowym, czy nie? 

Była, bo była jej ograniczona ilość. Mieliśmy espresso na głowę na dzień. Jak się skończyła sypana kawa to musieliśmy się zadowolić rozpuszczalną z Pakistanu.

Mieliśmy też ciekawą sytuacje. W Islamabadzie jedna kawiarka  się nam zepsuła. Odpadła ta rurka od sitka. Filip, jako Włoch, kupił nową. Zadanie dość poważne bo w Pakistanie kawy nie piją. 

Dlaczego do dziś masz wstręt do herbaty? 

To był mój główny napój przez 2 miesiące. Była herbata czarna zwykła, herbata zielona  oraz milktea. Milktea to była herbata czarna z mlekiem w proszku i z cukrem. 

Ile czasu zajmowało Wam ugotowanie 1 litra wody na wysokości 5100 m.n.p.m?

Stopienie i zagotowanie zajmowało nam tak pi razy drzwi, około godziny. 

Jak wyglądało rozłożenie obozu na 5100m.n.p.m? 

Najpierw trzeba było znaleźć takie miejsce, w którym będziemy mogli spać bezpiecznie. Czyli że podczas snu, żadna lawina na nas nie zejdzie  lub nie oberwie się na nas jakiś gigantyczny serak. Potem musieliśmy wykopać platformę pod namiot.  Jak już było w miarę płasko i udeptaliśmy ten sypki śnieg i rozbijaliśmy namiot. Trzeba było lekko przysypać jego fartuchy śnieżne, żeby nie odleciał i napiąć odciągi. Potem kopaliśmy taką  jakby studzienkę na nogi przed wejściem, żeby można było sobie normalnie usiąść. Gdy już wszystko było rozłożone, to dzieliliśmy się obowiązkami. Jeden zajmował się rozkładaniem karimatek i wrzucaniem śpiworów do środka, a  drugi w międzyczasie topił śnieg na wodę. Potem był już rytuał przygotowania pod dzień następny, czyli dalsze topienie śniegu na śniadanie, bo rano nie ma na to czasu. Jak wszystko było gotowe każdy się układał i odpoczywał.

Jak Ci się tam spało? 

Na tej wysokości dobrze mi się spało, zwłaszcza, gdy byłem na niej drugi, albo trzeci raz. Nie odczuwałem dolegliwości związanych z wysokością.

Jak wygląda świat z wysokości 6000 m.n.p.m?

Świat wygląda w sumie tak samo jak niżej, tylko jest inna perspektywa. Patrząc w dół, widać bardziej potęgę góry. Jak jest ta przestrzeń to człowiek czuje jak jest mały.

Na ekspedycji prowadziłeś zapiski, ale to nie był poplamiony zeszyt zapisywany ołówkiem. 

No nie. Mamy XXIw. i każdy raczej ma smartfon, więc ja też robiłem to na swoim telefonie. Były to raczej notatki, które mogą mi się przydać niż typowy dziennik.

Nie używaliście dodatkowego tlenu. Z czym wiąże się zabieranie, ze sobą butli tlenowej? 

Tlen był w bazie w celach medycznych, na wypadek awaryjnej sytuacji. Podanie tlenu człowiekowi z chorobą wysokościową jest najlepszym lekarstwem . Poza tym wejście z tlenem nie jest wejściem sportowym.

Jak wyglądało życie w bazie, gdy musieliście czekać na warun? 

Bardzo dużo graliśmy w karty. Najwięcej w remika. Nie umiałem wcześniej w to grać ale kierownik mnie nauczył.  Oprócz tego czytaliśmy książki, głównie o górach. Mieliśmy laptopa z filmami, więc wieczorami gdy włączaliśmy agregat to oglądaliśmy jeden, czy dwa filmy. To było takie siedzenie jak teraz ludzie siedzą na kwarantannie 🙂

Czego najbardziej ci brakowało na wyprawie? 

Najbardziej chyba nart. Przydałby się, nie tylko na podejściu do C1, ale jeszcze miałbym mega fan z jazdy, a to akurat była wyjątkowa zima, bo dało się tam jeździć na nartach. 

Możesz być na bieżąco, z tym co słychać o Kacpra Kłody, obserwując go na jego instagramie – https://www.instagram.com/kacperkloda_/

Dodaj komentarz