Maciej Rembikowski – Nigdy nie postrzegałem siebie jako zwierzęcia scenicznego, potrafiącego porwać publikę, zawładnąć nią i trzymać non stop w napięciu.

Maciej Rembikowski – Nigdy nie postrzegałem siebie jako zwierzęcia scenicznego, potrafiącego porwać publikę, zawładnąć nią i trzymać non stop w napięciu.

Zdjęcie wyróżniające fot. Wojciech Szałata

Jakim byłeś dzieckiem?

Myślę, że w gruncie rzeczy dość zwyczajnym – nie żadnym szkolnym, czy klasowym prymusem, ale też nie tym niegrzecznym dzieckiem, co w klasie musiał siedzieć              w pierwszej ławce przy nauczycielce. Owszem, zdarzało się trafić na „dywanik” do dyrektora, ale myślę, że to raczej ze względu na siłę oddziaływania środowiska, w którym przebywałem, a które lubiło czasem coś namieszać (śmiech). Z reguły/prawie zawsze nauczyciele mnie lubili – „dzień dobry” mówiłem i z szacunkiem odnosiłem się do dorosłych. Pamiętam, że zdarzali się uczniowie potrafiący w bezpośredni sposób obrażać prowadzącego zajęcia – mnie to zupełnie nie kręciło. Co się tyczy domu to czasem trochę gwiazdorzyłem, lubiłem gdy Tata lub Mama zaczynali coś kręcić kamerą SONY – zdejmowałem koszulkę i kręciłem nią w powietrzu jakbym był gwiazdą rocka. Przed blokiem biegaliśmy z naszą „blokową paczką” bawiąc się w „policjantów i złodziei” (z tego co wiem jest masa wersji tej zabawy), „czterech pancernych” czy chowanego. Oczywiście wszystko odbywało się                w towarzystwie Janka – mojego brata – wtedy wspólna zabawa na dworze, teraz wspólna zabawa w muzykę (śmiech).

Kto był Twoim idolem?

Wszystko z czasem się zmieniało. Za dzieciaka główną siłą napędową życia była piłka nożna, Wpierw był Ronaldinho     i Barca. Na tamtym etapie faktycznie wisiały w naszym pokoju plakaty z gazet sportowych dla dzieci. Kupowaliśmy namiętnie BRAVO Sport czy GIGA Sport. Potem jednak Ronaldinho przeszedł do Milanu więc trochę ten autorytet umarł. W międzyczasie, w okresie zimowym, bardzo zainteresowaliśmy się skokami narciarskimi. Co weekend oglądaliśmy konkursy Pucharu Świata. Nie mówię niestety      o słynnej „małyszomani” – jesteśmy zbyt młodzi aby to pamiętać. Skokami zainteresowaliśmy się mniej więcej           w 2008 roku. Moim idolem był Gregor Schlierenzauer – do dzisiaj pamiętam jego skok w Planicy właśnie z 2008 roku na 233m. To było coś niesamowitego – co skok, co konkurs to lepiej. Ooo przypominam sobie też jedną sytuację – to konkurs z Kulm 2009 r. sezon rywalizacji między Schlieriem,    a Ammanem – Gregor w drugiej serii skoczył 215.5m – pobił rekord skoczni i wygrał konkurs mimo słabego skoku w pierwszej serii – popłakałem się wtedy z radości (śmiech).   No i wiem, że za dzieciaka lubiłem jak w TV leciał film z Angeliną Jolie – ale wówczas nie ogarniałem za bardzo fabuł, kontekstów itd. – po prostu podobała mi się jej twarz.

fot. Kamil Osobniak

Kiedy do Twojego życia wprowadziła się muzyka?

Powiem tak – siłą rzeczy dość wcześnie – mój tata sam miał kiedyś zespół, bardzo dawno temu, słuchaliśmy muzyki na naszej domowej wieży. Pamiętam nawet jedną płytę Boba Marleya, taką czarną – przez jakiś czas myślałem, że Bob Marley jest łysy, bo dredy na okładce zlewały się z tłem (śmiech). Jednak muszę przyznać, że muzyka była przeze mnie odbierana dość bezrefleksyjnie – nie jarałem się też graniem na instrumentach –mimo że rodzice zapisali mnie i brata na lekcje gry na keyboardzie.
Telefon dostałem gdzieś w trzeciej klasie podstawówki, wtedy odkryłem możliwość słuchania muzyki na słuchawkach – tata zgrał mi Boba Dylana, Guns n’ Roses itp. – nie przepadałem. Koledzy mieli czasem jakieś śmieszne piosenki, które przesyłali podczerwienią. To była jazda – telefony nie mogły leżeć zbyt blisko bo była lipa, a za daleko to zrywało połączenie.

Na jakich instrumentach potrafisz grać?

Tak żebym nie czuł wstydu to pozostaje gitara – też nie jestem wybitny w tej materii, nie byłem nigdy fanem wyścigów na instrumencie – żeby grać szybciej, dokładniej, jak najtrudniejsze partie itd. Pamiętam, że zaczynając przygodę
z gitarą, nie miałem dostępu do gitary elektrycznej. W domu był elektroakustyk i tyle. Wiadomo jednak, że stereotypowym magnesem na dziewczyny był chłopak z gitarą, najlepiej
elektryczną (śmiech). Moja mama pracuje w szkole specjalnej i jakimś cudem mieli tam na wyposażeniu gitary: elektryczną   i basową. Ubłagaliśmy z bratem, żeby nam je wypożyczono i udało się! To była Yamaha Pacifica – koloru w sumie nie pamiętam, wiem że była całkiem przyzwoita. Teraz jednak nie wyobrażam sobie abym zamienił mojego białego stratocastera – uwielbiam go. Jednak też nie jestem jakimś skrajnym wariatem w kwestiach instrumentów – to nie jest tak, że moja gitara ma imię czy chucham na nią bo trąciłem o statyw. Nadal jest to dla mnie
przedmiot użytkowy – ma wgniecenia, odpryski                  i uważam, że to super rzecz – jest na nim rys historii, zresztą dość długiej, bo ta gitara ma 36 lat!

Czy Twój talent jest odziedziczony?

Myślę, że miałem , tak zresztą jak znaczna część społeczeństwa, zasoby naturalnych predyspozycji. Uważam jednak, że nie da się ogarnąć pewnych kwestii bez włożenia w to ciężkiej pracy. Co się tyczy dziedziczenia – jestem przekonany, że rodzice nie fałszują a tata miał mały romans z muzyką, więc przy odgórnym założeniu, że talent jest, to można powiedzieć, że odziedziczony (śmiech).       Ale tak całkiem poważnie – uważam, że i tak w dużym stopniu większość zależy stricte od nas, nawet jeżeli      te naturalne predyspozycje są ponadprzeciętne, nie można osiadać na laurach – należy je pielęgnować            i rozwijać.

fot. Kamil Osobniak

Dlaczego w sercu gra Ci muzyka?

Aa też nie przesadzajmy. Jakby nie patrzeć wszystko da się przedawkować. Mamy z chłopakami czasem takie chwile, że wolimy sobie odpocząć, pograć w FIFĘ, spędzić inaczej wspólne chwile, niekoniecznie ze słuchawkami    na uszach czy z instrumentem w ręku. Myślę, że to taki patent na pasję – jeśli po takich momentach wracasz na próbę czy siadasz do kompa coś muzycznego porobić jest większa szansa, że będzie to jakościowo lepsze. To się chyba nazywa higiena pracy. Chociaż przyznaję, że perspektywa całego dnia bez dźwięków wydaje się torturą (śmiech).

Z jakiego powodu poszedłeś na casting do ‘’Idola’’?

Do podjęcia próby podboju ekranu namówił mnie w liceum pan Olek Schmidt – ówczesny nauczyciel angielskiego oraz muzyk. Jednak nie byłem na tyle odważny, aby pójść tam sam, więc ja z kolei namówiłem Karolinę. Niestety mnie ten podbój się nie udał (śmiech), Karolina natomiast doszła do samego finału i uważam, że w ostatecznym rozrachunku była wygranym przegranym, kibicowałem Jej do samego końca!

Z jakimi emocjami, dla Ciebie, wiązał się udział w
programie?

Uu, to była cała paleta emocji. Zresztą częściowo                  w programach typu „show” o to chodzi – aby uczestnikami targały intensywne oraz skrajne emocje. Myślę, że moja skłonność do emocjonalnego dystansu wobec rzeczywistości, ułatwiła mi przebrnięcie przez małe sukcesy i “wielką” porażkę (śmiech). Trochę współczułem osobom, które traktowały ten epizod z programem jako „chwycenie Boga za nogi”. Oczywiście nie neguję, że tego typu programy otwierają furtki, stwarzają szansę na rozwój      i pójście dalej , ale myślę, że dystans w takich chwilach jest niezbędny. W każdym razie – to była fajna przygoda,
poznałem kilkoro fajnych ludzi, czegoś się nauczyłem        i wiem, że już w tym wyścigu brać udziału nie zamierzam (śmiech).

Pamiętasz swój pierwszy raz w studiu
nagraniowym?

Szczerze? To jak przez mgłę. Pierwszy utwór jaki
zarejestrowaliśmy to były “Ptaki” (jeszcze za czasów Create) – wiadomo jak to działa – wszystko miało miejsce w “studiu kumpla”(śmiech). Wiem, że miałem niemałe problemy z równą grą, razem z metronomem. To była niezła udręka – podejść niemało. Jednak w ówczesnej rzeczywistości to była niezła i duża przygoda. Jaraliśmy się okropnie, zamawialiśmy jedzenie, miło spędzaliśmy czas, a w dużej mierze na bieżąco wymyślaliśmy partie i je rejestrowaliśmy.
Perspektywa jednak nam się trochę zmieniła – teraz wiemy, że w gruncie rzeczy dzisiaj nagranie czegoś nie wiąże się z koniecznością pojechania do jakiegoś wielkiego “studia nagraniowego” z masą instrumentów, urządzeń i suwaków. Nasz utwór “Bez słów” powstał        w gruncie rzeczy w jednym małym pomieszczeniu, na jednym komputerze. Domyślam się, że część
może nieco starszego pokolenia podchodzi sceptycznie do takiej koncepcji twórczej – chociaż ja uważam, że idea tworzenia, nagrywania bardziej w koncepcji “home” jest genialna. Myślę, że środowisko w którym podejmujemy próby twórcze ma ogromne znaczenie – dobrze jest czuć się komfortowo, móc pójść zrobić sobie herbatę ,czy kawę. Zdaję sobie sprawę również, że równie
inspirująca może być zmiana środowiska, z czym wiąże się na pewno nagrywanie w profesjonalnym studiu.
Wracając jednak do pytania – tak, troszkę pamiętam,            ale o walce z metronomem wolę zapomnieć!

Jakim jesteś według siebie, a jakim według całego
zespołu liderem?

Znów całkiem szczerze – nigdy nie postrzegałem siebie jako zwierzęcia scenicznego, potrafiącego porwać publikę, zawładnąć nią i trzymać non stop w napięciu. Zawsze z podziwem obserwowałem takich liderów. Jednak myślę, że najcenniejsze, bez względu na to jakiej rzeczywistości to dotyczy – muzycznej aktorskiej, lidera zespołu w korporacji – najistotniejsza jest autentyczność. Irytuje mnie traktowanie ludzi jak idiotów,
wciskanie im swojego sztucznie wykreowanego wizerunku.
Myślę, że takie zachowanie zawsze będzie miało swoje negatywne konsekwencje. Wizerunek runie, my tracimy w oczach widzów, słuchaczy etc. Oczywiście wyjście            na scenę, przed kamerę – wiąże się z wejściem w jakąś rolę. Jednak uważam, że takie wejście w rolę nie jest równoznaczne z czymś “sztucznym”, “nieprawdziwym” “fałszywym”. Inspirujący w tej materii był dla mnie wywiad z Marcinem Prokopem na kanale YT “Imponderabilia” – polecam z całego serca. Przechodząc do sedna – bez względu na okoliczności – sceniczne, pozasceniczne, intymne – jestem sobą. Jeśli chodzi o scenę, to przyznaję, że siedzące koncerty potrafią skutecznie zabić we mnie ekstrawersję i instynktowne, emocjonalne reakcje. Wiesz – czuję się po prostu jak pajac próbując tańczyć gdy inni siedzą. Czasem mówię ze sceny totalnie głupkowate kwestie, szaleję, wygłupiam się. By to się wydarzyło muszę się poczuć na scenie swobodnie – a swobodnie czuję się wtedy,      gdy publika reaguje równie instynktownie co ja, pojawia się między nami pewnego rodzaju energia, która sprawia, że jest mi najlepiej i pozwalam sobie na więcej. Z reguły po koncertach w naszym zespołowym gronie, pojawiają się jakieś uwagi co do mojego zachowania na scenie, do rzeczy które powiedziałem… ale wiem, że wszystko wynika z troski    i chęci żeby następnym razem było jeszcze lepiej.                Na szczęście z koncertu na koncert te uwagi zdarzają się coraz rzadziej (śmiech).

Jakie cechy charakteru ułatwiają Ci, a jakie
przeszkadzają w bycie liderem?

Tu postaram się rozwinąć trochę myśl zawartą w pytaniu poprzednim. Generalnie jako tako nie mam naturalnych predyspozycji do pełnienia roli lidera. Jest pewien zbiór cech niektórych ludzi, w sposób naturalny stawia ich w roli lidera, bez względu na to w jakim środowisku się znajdą. W moim przypadku rola lidera jest w pewnym sensie narzucona z góry – przez to (czy dzięki temu), że na scenie śpiewam i stoję z przodu. Z natury jestem raczej osobą introwertyczną,      co teoretycznie (stereotypowo patrząc) może przeszkadzać w byciu liderem. Jednak myślę, że jest to dość powszechne zjawisko wśród ludzi związanych ze sceną – kumulowanie i “chomikowanie” emocji oraz uczuć w życiu codziennym, pozwala na nieskrępowane    i bezpieczne wyrzucenie ich na scenie. Definiuję to jako jakąś formę autoterapii – szczególnie teraz zauważam to na swoim przykładzie, że czas pandemii utrudnia mi tak sprawne funkcjonowanie w codzienności bez koncertów, cyklicznych podróży w różne miejsca, rozmów. Generalnie mam też tendencję do myślenia o tym “co ludzie powiedzą” – w dodatku koreluje to z ilością ludzi, którzy siedzą na koncercie (śmiech). A tak poważnie – zaprzątam sobie czasami głowę tym czy warto teraz poruszyć nogami, coś może krzyknąć do ludzi – ale potem zawsze też przychodzi autorefleksja, że najistotniejsza jest autentyczność,    więc pal licho.

Jak wygląda proces tworzenia piosenki?

W dobie pandemii byliśmy zmuszeni trochę zmienić strategię – okres przedpandemiczny to cotygodniowe spotkania na próbach – na salce tworzyliśmy kompozycje, ogrywaliśmy je,
wymyślaliśmy partie itd. Dzisiaj w dobie zdalnych form porozumiewania się, nauczania, pracy i w sumie wszystkiego (śmiech), wszystko robimy na komputerach. Ze swojej perspektywy powiem, że jest to super zabawa – wymagała ona minimalnych inwestycji – każdy z nas zaopatrzył się w klawiaturę i rzeźbimy swoje pomysły po prostu w domach.    Co nie zmienia faktu, że tęsknimy za wspólnymi spotkaniami na salce. Nie ma nic piękniejszego niż wspólne, “żywe” granie. Oczywiście piosenka to nie tylko instrumenty, melodie wokalu też są tworzone na etapie szkiców w języku “norweskim”, z tekstami pracuję razem z
Kamilem – naszym menadżerem, chociaż przyznaję,        że mimo wszystko czuję się lepszym (chociaż nie ponadprzeciętnie dobrym) muzykiem, wokalistą niż tekściarzem – ale powoli, raczej wolniej
niż szybciej (śmiech), nad tym pracuję.

Czy trudno nagrać teledysk?

Kurczę, to jest pytanie na które bardzo ciężko mi odpowiedzieć, bo nigdy go nie nagrywałem, przyznaję też,    że nigdy jakoś specjalnie nie brałem czynnego udziału w procesie pod nazwą “teledysk”. Z bólem serca też muszę się przyznać, że raczej nie jestem typem, który zwraca szczególną uwagę na teledysk – cholernie rzadko korzystam z YouTube, żeby odpalić muzykę wraz z obrazem. Wyjątkami są obrazy, które w jakiś szczególny
sposób na mnie działają – tak było np. z teledyskiem do utworu
“Pogo” Organka. Jednak generalizując – to na serio nie jest moja bajka, nie jestem w tej dziedzinie specjalistą, a też nie chcę się nim mianować – w przypadku np. “Bez słów” było tak, że Artur Michalik (reżyser teledysku) wysłał nam swój pomysł i autentycznie od razu nam się spodobał – potem w pełnym zaufaniu z naszej strony go zrealizował  i było super!

fot. Kamil Osobniak

Skąd bierzesz pomysły na teksty piosenek?

Kolejne trudne pytanie (śmiech). Wiesz co, z początku opierałem się raczej na swego rodzaju auto-focusie: analizowałem swoje momenty (te istotne) w życiu, rozbierałem na czynniki pierwsze, poddawałem ocenie      i próbowałem przelać w jakiejś koncepcji na papier. Tylko potem zdałem sobie sprawę, że większość tekstów powstałych na wzór tej formy o której wspomniałem, dotyczy tych samych emocji i uczuć, w dodatku                w większości przypadków przedstawionych w zbliżony sposób. Pewnie wynika to z faktu, że ze względu na mój relatywnie młody wiek nie miałem aż tylu okazji by przeżyć coś co dałoby mi naturalne inspiracje do napisania różnorodnych tekstów. Dlatego koncepcja uległa zmianie – aktualnie bazuję raczej na obserwacji mechanizmów, zachowań ludzi, czy to w ujęciu społecznym czy jednostki – można powiedzieć, że to swego rodzaju małe badania, oczywiście z naukowego punktu widzenia nieakceptowalne pod kątem metodologii itd. (śmiech) – wszystko jest totalnie subiektywne. Mimo, że w obserwowaniu ludzi czuję się całkiem mocny, jak pewnie większość z nas, to jednak nie czuję się mocny                  w tekstach, stąd niezbędna pomoc Kamila.

Czy przy pisaniu tekstów, razem z chłopakami,
musicie iść na kompromisy?

Wiesz co, generalnie w życiu jestem wyznawcą kompromisów, uważam że dialog to jest jedyna słuszna droga służąca rozwiązywaniu konfliktów – jednak tylko wtedy gdy nie jest to dla mnie kwestia czegoś w co wierzę, jakiejś idei czy subiektywnie dobrego pomysłu. Wiem, że brzmi to trochę egoistycznie i nieprzyjemnie – ale jeśli jest jakaś fraza, jakiś wers, który mi się podoba, to bardzo ciężko jest mi odpuścić, powiedzieć “okay, może macie rację, zmieńmy to”. Wtedy potrafię do skutku bronić mojej koncepcji, czy mojego pomysłu – ale w ramach usprawiedliwienia powiem, że dotyczy to na serio konkretnych przypadków, to nie jest tak, że bronię czegoś dla samej idei “TO JEST MOJE”, jeśli gdzieś (oczywiście nadal subiektywnie) czuję, że mogę nie mieć racji odpuszczam, czasami jedynie trochę pogrywając czy przedłużając walkę (śmiech) – wszystko to działania strategiczne oczywiście. Zresztą totalnie chłopaków rozumiem, to nie jest przecież tak, że tylko ja się identyfikuję z tym co śpiewam na scenie, to jest tak samo chłopaków jak moje – siłą rzeczy. Dlatego czaję, że im też zależy żeby to było dobre – potem to już tylko i aż kwestia uznania tego co jest spoko a co nie (śmiech).

Co jest w Twojej głowie, gdy występujesz razem z
zespołem na scenie?

To zależy – jak akurat nie zjadłem nic przed koncertem, jestem głodny to najprawdopodobniej pizza albo coś dobrego. Poważnie! To trwa zazwyczaj z 30 sekund ale faktycznie tak jest. Wiesz co myślę, że nic specjalnego, nie gloryfikuję tego czasu przed wejściem na scenę w obawie, że pozbawi mnie to luzu, który chyba cenię sobie tam najbardziej. Chcę po prostu czuć się swobodnie – mam wrażenie, że wtedy koncert wychodzi najlepiej – oczywiście nadal subiektywnie patrząc (śmiech). Czasami są takie momenty, bardzo krótkie, że jakaś myśl potrafi mnie pochłonąć na kilka sekund np. gramy, a mi do głowy przychodzi akurat rozkmina na temat czarnej dziury – oczywiście nic na ten temat nie wiem – to takie abstrakcyjne myślenie, coś jak unikanie wzorów z czerwonej kostki na chodniku podczas spaceru. Niby masz te 20+ lat, ale bawisz się sam ze sobą w swojej głowie. Czasem to też się przytrafia na scenie.

Jaki koncert, to udany koncert?

Najlepszy jest taki gdy jest udany (śmiech)! Poważnie – to zauważyłem pewną zależność – im dłużej i intensywniej dyskutujemy po koncercie o pomyłkach, fałszach, małych wtopach tym większa szansa, że koncert był mniej udany. Jeśli ze sceny schodzisz po prostu z uśmiechem na twarzy, bez analiz w głowie, tak zupełnie na czysto – to chyba wtedy jest to dobry koncert. Traktujesz tę godzinkę jako zbiór emocji i uczuć, a nie jako walkę o to, żeby jak najlepiej wypaść. Przede wszystkim masz ochotę tam wrócić! To jest mega!

Który Wasz koncert zapamiętałeś jako ten
najbardziej wyjątkowy?

Mógłbym oczywiście tak ogólnikowo zacząć gadać, że “aa każdy koncert jest inny, każdy jest równie super”,ale zazwyczaj każdemu w głowie siedzi jakiś jeden szczegół. Przyznaję, że z mojej perspektywy najlepiej wspominam koncert w ramach Festiwalu OFF CAMERA w Krakowie. Nie będę tutaj snuł zbędnych wywodów – wytłumaczenie dlaczego ten koncert był wyjątkowy jest zawarte w poprzednim pytaniu.

Jakiego artystę sobie cenisz?

Jeśli miałbym się jakoś głębiej zastanowić, to nie mam konkretnych, utartych szablonów. Cenię sobie, tak zresztą jak u wszystkich ludzi, autentyczność – jeśli czuć, że dany artysta jest sobą, nieistotne czy cwaniak, “badboy” czy skromny, ułożony to jest duże prawdopodobieństwo, że się nim zainteresuję. Patrząc globalnie szczególnie cenię sobie Paolo Nutiniego – to jest tak barwny człowiek, tak pełen sprzeczności, zwykłych ludzkich ułomności, ale też wyjątkowości, że to jest po prostu niemożliwe!
Wszystko to sprowadza się do jednego punktu – jest po prostu sobą. Czytam sobie czasami, że jak każdy przeciętny Szkot (co prawda z włoskimi korzeniami) chodzi wieczorami, w swojej rodzinnej miejscowości do pubu. Normalnie możesz go tam spotkać podczas karaoke. Wiesz, nie stwarza jakiejś sztucznej bariery ze względu na to, że to on śpiewa do mikrofonu – jest totalnie normalny, przy okazji czujesz, że nie jest to w żadnym stopniu gra. jako spoko gościa – on taki po prostu jest.

Co robisz w wolnym czasie?

W sumie to spędzanie mojego czasu wolnego w dużym stopniu jest związane z pasją – coś sobie pogram na instrumencie, posłucham muzyki. Chyba, że jesteśmy po całym weekendzie prób, to wtedy wieczorny film, seriali unikam bo zabierają masę czasu. Tzn. na Stranger Things 4 czekam zniecierpliwiony ale to chwilowa słabość była – że w ogóle zacząłem oglądać ten serial. “Grę o tron” też w sumie całą mam za sobą i jeszcze kilka super seriali (śmiech). Jednak to mnie właśnie nauczyło, że lepiej uważać z serialami, są zdradliwe. Nie obejrzysz się, a tutaj już tydzień minął przed Netflixem.  Oprócz tego nadal czynnie studiuję psychologię, więc coś tam do roboty zawsze się znajdzie!

Dlaczego rzuciłeś studia?

Myślę, że to wypadkowa kilku czynników – oczywiście zaczęło się od postawienia sobie fundamentalnego pytania: “czy to na pewno jest dla mnie?”. Trochę żałuję, że zadałem je sobie tak późno. Chociaż jestem przekonany, że mając więcej ambicji, podołałbym kierunkowi prawno-ekonomicznemu. Niestety chyba mi jej zabrakło. Aczkolwiek serio – ten kierunek nie był dla mnie, czułem się tam niekomfortowo: słupki, wykresy mnie przerażały, formułki prawne na równi z wykresami. Teraz myślę, że jestem nieco dojrzalszy, mimo, że nadal (niestety) mam do czynienia z wykresami i liczbami, to nie mam zamiaru znowu rezygnować. Czuję, że psychologia jest mi bliższa niż podaż i popyt. W każdym razie teraz nie mam poczucia, że robię coś wbrew swoim predyspozycjom i możliwościom, że robię coś wbrew sobie 

Dodaj komentarz